Dzień 2 (31.05.14)

            Moje obawy się potwierdziły – rano strasznie mnie bolą plecy i kość ogonowa od tego super wygodnego łóżka. Niestety jeszcze jedna noc nas tu czeka. :(
 
             Na śniadanie, które było opóźnione ok. 30 minut (co, jak się później okazało, było dosyć małym opóźnieniem), dostajemy dwie parówki, jajko, kawałek chleba z masłem, ser i wodę z baniaka (ewentualnie można zrobić sobie wodę o smaku herbaty, jeśli wsadzi się torebkę do zimnej/ciepłej wody). Szczerze mówiąc nie tego się spodziewałam. No ale trudno. Może innym razem dostaniemy typowe gruzińskie śniadanie. Po śniadaniu idziemy na plażę, która jest prawie obok pensjonatu. Plaża – kamienie. Wszędzie kamienie. I do tego gorąco, gorąco i jeszcze raz gorąco. Upał nie do wytrzymania. Na szczęście woda w Morzu Czarnym jest zimna – lekko chłodzi i do tego lekki wiaterek (dobrze, że wzięłam ze sobą wachlarz, bo jak cały czas będzie tak gorąco, to się przyda). Woda kupiona na stacji benzynowej za pożyczone pieniądze jest wybawieniem. [Żeby dojść do stacji benzynowej trzeba przejść przez dosyć ruchliwą ulicę. W Gruzji kierowcy nie stosują się do przepisów. Traktują je jedynie jako wskazówki. Ludzie jeżdżą szybko i ciągle trąbią (później dowiadujemy się, że Gruzini trąbią na powitanie, bo praktycznie wszyscy się tam znają, albo na krowy, żeby zeszły z jezdni). W Gruzji to samochód ma zawsze pierwszeństwo, a nie pieszy (nawet jak jest na pasach), więc trzeba bardzo uważać, żeby nie zostać potrąconym.] Zdziwieniem jest dla nas to, że wszędzie chodzą krowy. Tak po prostu się przechadzają tu i tam. Nawet na plaży. Nie mówiąc już o ulicy. [Trzeba pamiętać, że w Gruzji krowa jest nietykalna. Jeśli kierowca potrąci krowę lub inne zwierzę, to on ponosi odpowiedzialność a nie właściciel tej krowy..]
            Obiad – opóźniony o godzinę. [Gruzini nigdy się nie spieszą, ciągle się spóźniają, żyją na luzie -> trzeba się do tego przyzwyczaić, bo ciągle będziemy na coś czekać…]. Dostajemy mega ostrą zupę z chlebem (Ciężko jest stwierdzić, co to za zupa. Pływają kawałki kapusty, papryki, ziemniaki), na drugie podejrzane mielone (zastanawiamy się czy nie z parówek ze śniadania :D) i mocno rozwodnione puree ziemniaczane, niestety nie dostajemy nic do picia :(
            Po obiedzie jedziemy zwiedzać. Najpierw rzymska twierdza w Gonio, która w II w. była dobrze umocnionym rzymskim miastem ówczesnej kolonii Kolchidy, a później forteca została zdobyta przez Turków Osmańskich. Legenda głosi, że na terenie fortecy znajduje się grób św. Macieja, jednego z dwunastu apostołów. Chodzimy po mega wąskim murze bez barierek (jest to szalenie bezpieczne). Straszny żar leje się z nieba. Po twierdzy jedziemy do Batumi. Jest to trzecie co do wielkości miasto w Gruzji (po Tbilisi i Kutaisi) i cały czas się rozwija, co zresztą widać. Totalny misz masz. Połączenie starego z nowym. Mijamy wiele nowoczesnych budynków (m.in. taki, który na którymś tam piętrze ma diabelski młyn -> chcieli tam zrobić uniwersytet, ale stwierdzili, że studenci więcej czasu by spędzali na tym kole niż na zajęciach :D). Przechodzimy przez nowszą część miasta do głównego placu (Plac Europejski), który, jak się dowiadujemy, jest popularnym miejscem do robienia zdjęć ślubnych. Na środku placu stoi kolumna ze statuą Medei (córka króla Kolchidy), która trzyma w ręku złote runo. Dalej mijamy kilka świątyń i synagog i przechodzimy przez turecką część miasta w stronę portu. Tam dostajemy czas wolny. Nareszcie możemy wymienić pieniądze i kupić sobie wodę i nie tylko. :) Idziemy sobie ulicą i nagle jakiś koleś robi sobie ze mną selfie (no spoko -.-). Wszyscy się na nas gapią i się oglądają. [W Gruzji nie można za bardzo odsłaniać swojego ciała, bo Gruzini postrzegają tak ubrane kobiety za prostytutki.] Robimy się z dziewczynami głodne, więc postanawiamy pójść coś zjeść (chodzi za mną chaczapuri -> chcę porównać z tym, co jadłam w gruzińskiej restauracji w Krakowie). Jakaś kobieta nas zaczepia i zaprasza do swojej knajpki. No ok. Wchodzimy. Wygląda podejrzanie no ale trudno. Już weszłyśmy i nie ma odwrotu. Próbujemy dogadać się po rosyjsku (dobrze, że jedna z nas uczyła się rosyjskiego :) ), zamawiamy chaczapuri na kilka osób + jeszcze dziewczyny zamawiają chinkali, szaszłyk i zimne piwo, które nie jest najsmaczniejsze. [chaczapuri – zapiekany placek z serem. Może być podany w kilku wersjach, np. z jajkiem; chinkali – sakiewki z mięsem i rosołem]. Zjedzone. Było całkiem niezłe. Mamy jeszcze trochę czasu, więc idziemy na krótki spacer wzdłuż portu.

Idziemy na ogromne koło widokowe, z którego rozpościera się piękny widok na Batumi. Nadal jest gorąco, więc później idziemy na lody. (lody+deszcz+wiatr=plamy na koszulce -> nie polecam :/ ) Wracamy do portu, w którym śmierdzi nie wiadomo czym. Zaczyna wiać straszny wiatr. (wieje piachem i żwirem w twarz i nie tylko -> super uczucie -.-) Idziemy pod pomnik zakochanych, który jest podświetlany i dwie figury przenikają przez siebie (ale przy takim wietrze niestety nie jest włączony), idziemy przez podświetlone miasto nocą [Gruzini uwielbiają wszystko podświetlać. Podświetlają wszystko, co tylko możliwe. Nawet krzyże przy drodze i drzewa. :D], przechodzimy obok wieży z alfabetem gruzińskim, która została wybudowana tak właściwie nie wiadomo po co, mijamy podświetlone na zielono palmy i kolorową latarnię morską. Jedziemy na pokaz fontann, który niestety też jest wyłączony z powodu wiatru. No trudno. Wracamy do pensjonatu w Gonio. Zauważam, że opaliłam sobie na ciele koszulkę i okulary. I do tego strasznie boli mnie głowa. Znowu będzie ciężka noc. :(