Dzień 3 (1.06.14)

            Noc znowu nie należała do najwygodniejszych. Mam nadzieję, że następnej nocy się wyśpię.
            Na śniadanie (o dziwo nie opóźnione) dostajemy coś co wyglądem przypomina sajgonki (mięso zawinięte w ciasto takie jakby filofrancuskie – ciężko określić). Ostre ale smaczne. Do tego normalnie zalana wrzątkiem herbata.
   Po śniadaniu jedziemy do Batumskiego Ogrodu Botanicznego. Po drodze wstępujemy na tradycyjny gruziński bazar. Mnóstwo warzyw, owoców, przypraw, herbat, słodyczy (m.in. słynne Czurczchele, czyli korale z orzechów w syropie winogronowym), serów, a nawet surowego mięsa. Jedziemy już w kierunku ogrodu botanicznego. Po drodze mijamy całe rzędy eukaliptusów. [Eukaliptusy chłoną wilgoć, dlatego kiedyś były sadzone w celu osuszania bagien. A do tego odstraszają komary, więc są świetnym sposobem na malarię.] W ogrodzie mamy dostać bilety z mapkami ogrodu, żeby można było samemu po nim chodzić i się nie zgubić, bo zajmuje on dużą powierzchnię. Niestety okazuje się, że przewodnik coś źle zrozumiał i nie dostaniemy mapek. Trzeba więc zrobić zdjęcie mapy, która jest przy wejściu. Wchodzimy po chwili oczekiwania. W ogrodzie botanicznym, tak jak w każdym ogrodzie botanicznym, rośliny z całego świata. Odkrywamy różne zakamarki ogrodu i robimy mnóstwo zdjęć. Na szczęście nie jest tak gorąco jak wcześniej. Z ogrodu wychodzimy w Czakwi – „stolicy gruzińskiej herbaty”. Po drodze rzeczywiście widzimy ogromne plantacje herbaty. Wyjeżdżamy z regionu Adżaria i jedziemy w kierunku Mesti. Przed nami długa droga w góry Kaukazu. Przeniesiemy się z 0 m n.p.m. na 1500 m n.p.m. Skręcamy z głównej drogi, która ciągnie się przez całą Gruzję, w dosyć kiepską drogę. Straszne wertepy. Co chwilę przez drogę przechodzą krowy i świnie. (może to te słynne półdzikie świnie z naszego programu wycieczki? :D) Jedziemy wzdłuż granicy z separatystyczną Abchazją, która jest po drugiej stronie rzeki Inguri. Dalej po drodze zatrzymujemy się przy ogromnej zaporze i jedziemy na obiad. Zatrzymujemy się przy przydrożnej knajpce. Stoły stoją na dworze koło pięknego wodospadu. Na stole jest dużo mrówek, brud i talerze po poprzednich klientach. Znowu długo czekamy i nie dla wszystkich starcza talerzy. Na obiad jemy chaczapuri i kubdari. [kubdari – zapiekany placek z mięsem] Zupełnie inne niż w Batumi. Gorsze. Długo czekaliśmy, mało dostaliśmy. A do tego chyba zapomnieli o naszym stole, bo dostaliśmy kubeczki, ale picia już nie przynieśli. Jedziemy do Mesti, która znajduje się w Swaneti – górskiej krainie. [Mestia została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.] Jedziemy tunelami wydrążonymi w kaukaskich skałach. Wzdłuż drogi urwiska skalne a w dole rzeka. Droga stroma, kręta, niebezpieczna. (Od razu powracają wspomnienia z Bałkan, gdy jechaliśmy bardzo szybko po podobnej drodze przez Albanię i na jednym z ostrych zakrętów otworzył nam się luk bagażowy i wypadły jakieś szczotki. :D Tu na szczęście nic takiego się nie stało. Kierowca jechał bezpieczniej niż tamten.)
            Gdy dojeżdżamy do znaku z napisem Mestia, okazuje się, że część grupy (absolwenci – jako ci bezproblemowi) będzie mieszkać u Swanów. Wygląd domu niezbyt nas zachęca. Buntujemy się trochę. Reszta będzie mieszkać w hostelu w centrum miasteczka. Jedziemy tam i okazuje się, że to centrum to hostel, posterunek policji, malutki park z kilkoma ławkami i jakaś wieża. W czasie, gdy reszta się melduje, idziemy poszukać jakiegoś sklepu, żeby kupić coś do picia i do jedzenia na jutro. W sklepikach pustki. Można kupić praktycznie tylko wodę. Wracamy do autokaru i jedziemy do miejsca naszego noclegu. Okazuje się, że to jednak nie tamten budynek, który z daleka wyglądał jak jakaś rudera, a całkiem ładny pensjonacik kawałek dalej. Trzeba wprawdzie jakoś tam dotrzeć (pod górę z walizkami), ale zaskakująco jest bardzo ładnie. Pokoje są dwuosobowe i jest normalna łazienka na korytarzu. Po ogarnięciu się (jest zimno, więc trzeba się ciepło ubrać) idziemy na nocne zwiedzanie miasta. Trudno jest nam uwierzyć, że ta malutka miejscowość w górach ma prawa miejskie. Mamy 20 minut drogi na piechotę do centrum, gdzie czeka na nas reszta grupy. Okazuje się, że grupa (głównie dziewczyny) zaczęła się integrować z miejscowymi Gruzinami (śpiewali, grali w jakieś gry), więc na nocny spacer idzie niewiele osób. Może to i lepiej.
Idziemy na mostek, z którego jest doskonały widok na oświetlone wieże, które służyły jako schronienie podczas różnych konfliktów. Później chodzimy między budynkami. Jest ciemno, więc praktycznie nic nie widać. Dobrze, że mamy latarki w telefonach, to chociaż trochę sobie oświetlamy drogę, żeby nie wdepnąć w żadną „minę”. I tak ledwo zauważamy krowy, które leżą sobie przy drodze. Później kupujemy w piekarni tradycyjny gruziński chleb (ogromny okrągły placek). Jeszcze jest ciepły, mimo, że już 22. Będzie akurat na jutro. Kończymy nasz spacer w centrum. Widzimy, że dookoła reszty grupy zebrało się jeszcze więcej osób. Wracamy do naszego pensjonatu. Tym razem droga pod górę. I do tego zaczyna padać deszcz. Fajnie, że mamy parasole… -.- Idziemy spać w mega miękkich i wygodnych łóżkach, o których wszyscy marzyli. Niestety sen będzie krótki, bo o 7 śniadanie… :(