Noc znowu nie należała do
najwygodniejszych. Mam nadzieję, że następnej nocy się wyśpię.
Na śniadanie (o dziwo nie opóźnione)
dostajemy coś co wyglądem przypomina sajgonki (mięso zawinięte w ciasto takie
jakby filofrancuskie – ciężko określić). Ostre ale smaczne. Do tego normalnie
zalana wrzątkiem herbata.
Po śniadaniu
jedziemy do Batumskiego Ogrodu Botanicznego. Po drodze wstępujemy na tradycyjny
gruziński bazar. Mnóstwo warzyw, owoców, przypraw, herbat, słodyczy (m.in.
słynne Czurczchele, czyli korale z orzechów w syropie winogronowym), serów, a
nawet surowego mięsa. Jedziemy już w kierunku ogrodu botanicznego. Po drodze
mijamy całe rzędy eukaliptusów. [Eukaliptusy chłoną wilgoć, dlatego kiedyś były
sadzone w celu osuszania bagien. A do tego odstraszają komary, więc są świetnym
sposobem na malarię.] W ogrodzie mamy dostać bilety z mapkami ogrodu, żeby
można było samemu po nim chodzić i się nie zgubić, bo zajmuje on dużą
powierzchnię. Niestety okazuje się, że przewodnik coś źle zrozumiał i nie
dostaniemy mapek. Trzeba więc zrobić zdjęcie mapy, która jest przy wejściu.
Wchodzimy po chwili oczekiwania. W ogrodzie botanicznym, tak jak w każdym
ogrodzie botanicznym, rośliny z całego świata. Odkrywamy różne zakamarki ogrodu
i robimy mnóstwo zdjęć. Na szczęście nie jest tak gorąco jak wcześniej. Z
ogrodu wychodzimy w Czakwi – „stolicy gruzińskiej herbaty”. Po drodze
rzeczywiście widzimy ogromne plantacje herbaty. Wyjeżdżamy z regionu Adżaria i
jedziemy w kierunku Mesti. Przed nami długa droga w góry Kaukazu. Przeniesiemy
się z 0 m n.p.m. na 1500 m n.p.m. Skręcamy z głównej drogi, która ciągnie się
przez całą Gruzję, w dosyć kiepską drogę. Straszne wertepy. Co chwilę przez
drogę przechodzą krowy i świnie. (może to te słynne półdzikie świnie z naszego
programu wycieczki? :D) Jedziemy wzdłuż granicy z separatystyczną Abchazją,
która jest po drugiej stronie rzeki Inguri. Dalej po drodze zatrzymujemy się
przy ogromnej zaporze i jedziemy na obiad. Zatrzymujemy się przy przydrożnej
knajpce. Stoły stoją na dworze koło pięknego wodospadu. Na stole jest dużo
mrówek, brud i talerze po poprzednich klientach. Znowu długo czekamy i nie dla
wszystkich starcza talerzy. Na obiad jemy chaczapuri i kubdari. [kubdari –
zapiekany placek z mięsem] Zupełnie inne niż w Batumi. Gorsze. Długo
czekaliśmy, mało dostaliśmy. A do tego chyba zapomnieli o naszym stole, bo
dostaliśmy kubeczki, ale picia już nie przynieśli. Jedziemy do Mesti, która
znajduje się w Swaneti – górskiej krainie. [Mestia została wpisana na listę
światowego dziedzictwa UNESCO.] Jedziemy tunelami wydrążonymi w kaukaskich
skałach. Wzdłuż drogi urwiska skalne a w dole rzeka. Droga stroma, kręta,
niebezpieczna. (Od razu powracają wspomnienia z Bałkan, gdy jechaliśmy bardzo
szybko po podobnej drodze przez Albanię i na jednym z ostrych zakrętów otworzył
nam się luk bagażowy i wypadły jakieś szczotki. :D Tu na szczęście nic takiego
się nie stało. Kierowca jechał bezpieczniej niż tamten.)
Gdy dojeżdżamy do znaku z napisem
Mestia, okazuje się, że część grupy (absolwenci – jako ci bezproblemowi) będzie
mieszkać u Swanów. Wygląd domu niezbyt nas zachęca. Buntujemy się trochę.
Reszta będzie mieszkać w hostelu w centrum miasteczka. Jedziemy tam i okazuje
się, że to centrum to hostel, posterunek policji, malutki park z kilkoma
ławkami i jakaś wieża. W czasie, gdy reszta się melduje, idziemy poszukać
jakiegoś sklepu, żeby kupić coś do picia i do jedzenia na jutro. W sklepikach
pustki. Można kupić praktycznie tylko wodę. Wracamy do autokaru i jedziemy do
miejsca naszego noclegu. Okazuje się, że to jednak nie tamten budynek, który z
daleka wyglądał jak jakaś rudera, a całkiem ładny pensjonacik kawałek dalej.
Trzeba wprawdzie jakoś tam dotrzeć (pod górę z walizkami), ale zaskakująco jest
bardzo ładnie. Pokoje są dwuosobowe i jest normalna łazienka na korytarzu. Po ogarnięciu
się (jest zimno, więc trzeba się ciepło ubrać) idziemy na nocne zwiedzanie
miasta. Trudno jest nam uwierzyć, że ta malutka miejscowość w górach ma prawa
miejskie. Mamy 20 minut drogi na piechotę do centrum, gdzie czeka na nas reszta
grupy. Okazuje się, że grupa (głównie dziewczyny) zaczęła się integrować z
miejscowymi Gruzinami (śpiewali, grali w jakieś gry), więc na nocny spacer
idzie niewiele osób. Może to i lepiej. Idziemy na mostek, z którego jest doskonały widok na oświetlone wieże, które służyły jako schronienie podczas różnych konfliktów. Później chodzimy między budynkami. Jest ciemno, więc praktycznie nic nie widać. Dobrze, że mamy latarki w telefonach, to chociaż trochę sobie oświetlamy drogę, żeby nie wdepnąć w żadną „minę”. I tak ledwo zauważamy krowy, które leżą sobie przy drodze. Później kupujemy w piekarni tradycyjny gruziński chleb (ogromny okrągły placek). Jeszcze jest ciepły, mimo, że już 22. Będzie akurat na jutro. Kończymy nasz spacer w centrum. Widzimy, że dookoła reszty grupy zebrało się jeszcze więcej osób. Wracamy do naszego pensjonatu. Tym razem droga pod górę. I do tego zaczyna padać deszcz. Fajnie, że mamy parasole… -.- Idziemy spać w mega miękkich i wygodnych łóżkach, o których wszyscy marzyli. Niestety sen będzie krótki, bo o 7 śniadanie… :(