Dzień 7 (5.06.14)

            Rano w pokoju znowu duszno. Ogarniamy się i idziemy na śniadanie z myślą, że znowu dostaniemy opakowania z niezbyt dobrym jedzeniem. Ku naszemu zaskoczeniu w kuchni widzimy dwóch mężczyzn, którzy smażą przepyszne omlety z jajek. W związku z tym znowu wyruszamy z godzinnym opóźnieniem. Idziemy z walizkami na przystanek autobusowy i czekamy na nasz autokar. Ruszamy w kierunku Stepancmindy (daw. Kazbegi) (1750 m n.p.m). Jedziemy ul. Lecha Kaczyńskiego i zatrzymujemy się przy jego pomniku, a właściwie głowie i na dodatek kompletnie nie podobnej. Jedziemy do Mcchety. Jest to dawna stolica i jedno z najstarszych miast w Gruzji wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Zwiedzamy katedrę Sweti Cchoweli. Musimy się owinąć chustami, bo nie można tam wejść nawet w długich spodniach. Jedziemy dalej. Po drodze mamy pojechać do wodospadu Gweleti. Jedziemy Gruzińską Drogą Wojenną. Nagle zatrzymuje nas policja. Wszyscy już jesteśmy przerażeni, że coś będą od nas chcieli. Okazuje się jednak, że w nocy zeszła lawina błotna i nie możemy pojechać do wodospadu. Szkoda. Jedziemy więc dalej w kierunku Stepancmindy. Po drodze zwiedzamy twierdzę Ananuri. Później mijamy miejsce naszego noclegu i zatrzymujemy się przy tarasie widokowym, z którego rozpościera się przepiekny widok na ośnieżone góry. Jedziemy dalej. Tym razem zatrzymują nas krowy i owce na całej szerokości jezdni. Później zatrzymujemy się jeszcze przy skale, która przypomina tureckie Pamukkale. Rzeczywiście wygląda niesamowicie. Przez to, że nie pojechaliśmy do wodospadu, dojeżdżamy do Stepancmindy o godzinę za wcześnie (O.o). Szybka zmiana planów i zamiast obiadu mamy czas wolny. W związku z tym idziemy coś zjeść. W restauracji, do której trafiamy, obsługuje nas przemiły kelner, który mówi po polsku (widocznie dużo Polaków tu przychodzi). Zamawiam ogromną porcję frytek. Bardzo długo czekamy, więc przez to znowu mamy opóźnienie. Ale przynajmniej łazienka nie jest dziurą i jest bardzo ładna. Zbieramy się i idziemy do klasztoru Cminda Sameba, który jest położony na wzgórzu na wysokości 2170 m n.p.m.. Początek drogi jest bardzo stromy i męczący. Później idziemy drogą samochodową, która jest trochę łagodniejsza, ale fatalna jakościowo. Dochodzimy do klasztoru. Mamy widok na miasto, góry, które są dookoła nas, i na jeden z najwyższych szczytów Kaukazu – Kazbek (5033 m n.p.m.).
Schodzimy do miasta ok. 20 i idziemy na obiadokolację. Smażony pstrąg (z głową i oczami – blee…), fasola, bakłażan i szaszłyk. Dobrze, że jest chleb, bo mięso jest niestety surowe w środku -.- . Do tego lemoniada. Po poprzedniej toalecie liczymy na to, że tu też będzie podobna. Niestety okazuje się, że kibel to dwie dziury oddzielone jedynie średniej wysokości murkiem. Można uskutecznić nową dyscyplinę sportową – sikanie synchroniczne XD.
Jedziemy do naszego miejsca noclegu – słynny „nocleg w górach” z planu wycieczki. Myśleliśmy wcześniej, że będziemy spać w namiotach czy w jakimś schronisku w górach. Okazuje się jednak, że to dwa pensjonaciki w kurorcie narciarskim Gudauri (2200 m n.p.m.). Bardzo ładne pokoje z łazienkami. Minusem jest to, że jest tragicznie zimno. Myjemy się i idziemy na ploty do dziewczyn z pokoju obok. Trochę chyba za głośno się śmiejemy, bo muszą nas uciszać :D. Wracamy do pokoju. Trzeba się jeszcze przepakować, bo jutro jedziemy na lotnisko i wracamy do domu :) . Idziemy spać. Krótka noc przed nami.