Pół
nocy pakowania się w małą walizkę (tylko taki bagaż mieliśmy wykupiony),
upychania jak największej ilości rzeczy, pilnowania, żeby płyny zmieściły się w
ograniczonej ilości (bo to tylko bagaż podręczny, więc opakowania nie mogą
przekraczać 100ml i muszą się zmieścić w litrowej torebce strunowej, której
zresztą się naszukałam), krótki sen i można jechać na lotnisko. W ostatniej
chwili złapałam jeszcze ciepłą bluzę, która później bardzo się przydała.

Na lotnisku jestem sporo przed
czasem, ale spotykam koleżankę, więc nie muszę czekać sama. :) Reszta
przychodzi po jakimś czasie (niektórzy mieli rano lekcje <hehe>). Na
szczęście zostaliśmy odprawieni przez Internet (pewnie po to były im numery i
daty ważności paszportów), więc możemy iść od razu do kontroli bezpieczeństwa.
Tradycyjnie pikam na bramce i na szczęście nie muszę wyjmować płynów (martwiłam
się, że będą mi kazali wyrzucić krople żołądkowe, bez których, jak gdzieś czytałam,
mogłabym mieć kłopoty. Później zresztą się przydały – na szczęście nie mnie ;) ).
Kupuję jeszcze butelkę wody za 7! zł w strefie wolnocłowej, która potem
uratowała parę osób i kierujemy się w stronę naszego samolotu. Nie mamy
przydzielonych miejsc, więc trzeba szybko iść, żeby zająć sobie dobre miejsca
obok siebie (dla mnie oczywiście musi być przy oknie jako, że uwielbiam robić
zdjęcia z samolotu – z poprzedniego wyjazdu miałam prawie 300 zdjęć zrobionych przez okno
:D). Wrzucamy bagaże na półki nad nami, siadamy, zapinamy pasy, wysłuchujemy
instrukcji bezpieczeństwa (tak na marginesie – WizzAir ma bardzo przystojnych
stewardów :)) i startujemy. W trakcie lotu odzywa się pilot, który nagle
pozdrawia naszą wycieczkę i życzy nam miłego pobytu. Mówi też, że strefa
powietrzna nad Krymem jest zamknięta, więc będziemy lecieć trochę na około, bo
nad Turcją, i że nad Gruzją będą tylko lekkie podmuchy wiatru, więc nie powinno
być problemów przy lądowaniu. Oj niestety prognozy pilota się nie sprawdziły,
bo podczas lądowania były mocne turbulencje i strasznie trzęsło, podwiewało,
ludzie aż krzyczeli ze strachu. A ja jak to ja – oaza spokoju. Jedną ręką
trzymam koleżankę i ją uspokajam, a drugą robię zdjęcia przez okno. :D Lądujemy. Lotnisko w
Kutaisi jest bardzo małe, bardzo ładne i dosyć
nowoczesne. Nie ma żadnych samolotów (tylko nasz, który zresztą
pół godziny później odlatuje). Przy okienkach wizowych są małe kamerki, które robią zdjęcia
osobom, które wjeżdżają do kraju (u nas tego nie ma). Część osób wymienia
jeszcze pieniądze i idziemy do autokaru, którym będziemy przemieszczać się po
Gruzji przez najbliższy tydzień. Przed lotniskiem mnóstwo taksówkarzy próbuje
nas namówić na kurs (niestety nie skusiliśmy się, bo nie mieli taksówki dla
pięćdziesięciu osób :D).
Jedziemy do Gonio, gdzie mamy nocleg. Jedziemy mniej
więcej tyle, ile trwał lot samolotem (ok. 3 godziny). Po drodze nasz przewodnik
opowiada różne historyjki dotyczące jedzenia, kultury, języka, tego jak się
zachować itd. Mówił nawet ciekawie, ale chyba nikt go nie słuchał, bo było już
dosyć późno i byliśmy zmęczeni po podróży samolotem. Zaczynamy z dziewczynami
wyłapywać jego błędy językowe i nie tylko. Kierowca (Gruzin) włącza nam
gruzińską muzykę. Około północy dojeżdżamy do pensjonaciku prowadzonego przez
Gruzinów w Gonio. W pokojach śmierdzi (ciężko określić ten zapach – trochę
ocet, trochę krewetki, a trochę nie wiadomo co). W łazience, która, co dziwne,
była w pokoju, prysznic jest prawie nad sedesem (nie ma żadnej kabiny). Kąpiąc
się odkrywam, że woda też śmierdzi, co może być przyczyną smrodu wszystkiego w
pokoju. Gdy kładziemy się na łóżkach stwierdzamy, że łóżka te byłyby dobre dla
osób z wypadniętym dyskiem, które muszą spać na płaskim i twardym. Wydaje nam
się, że będziemy spać na samych deskach, bo tego czegoś nie można było nazwać
materacem :/ Chyba się nie wyśpimy… A do tego wszystkiego pościel tak śmierdzi,
że nie da się na niej spać. No ale jesteśmy zmęczeni, więc mimo gorąca idziemy
spać.
W nocy wieje straszny wiatr. Robi się taki przeciąg
przez to, że drzwi i okna nie są szczelne, że otwierają nam się drzwi od pokoju,
a jak zamykamy je na klucz, to tak nimi miota, że jeszcze bardziej nie daje się
spać -.-