Budzi nas muczenie krów za oknem. :D
Idziemy do domu Swanów na tradycyjnie opóźnione śniadanie. Jemy znowu
chaczapuri -.- (tym razem trochę inne, bo z serem i ziemniakami), omlet z
jajek, chleb, ser, pomidory. Do tego ciepła herbata owocowa, bo jest zimno.
Po śniadaniu ubieramy się w ciepłe
rzeczy, zakładamy górskie buty i schodzimy do marszrutki, czyli takiego małego
busika, który zawiezie nas do wioski w górach, z której pójdziemy do lodowca
najwyższej góry Gruzji – Szchary (5193 m n.p.m.). Droga długa, kręta, wyboista,
po bokach urwiska, ale to nie przeszkadza kierowcy jechać jak wariat (będziemy
tak jechać przez 2,5 godziny -.-). Buja, podskakujemy – jest po prostu super…
-.- Po drodze przejeżdżamy przez kilka wodospadów i mostów. Cały czas trzęsie. Na
szczęście dla nas łapiemy gumę i chociaż na chwilę możemy się zatrzymać i
wysiąść z auta. Tak się złożyło, że złapaliśmy gumę przy jednej z pustych
wieżyczek, którą możemy sobie zwiedzić od środka. Nic szczególnego, bo nic w
niej nie ma. Koło zmienione. Jedziemy dalej. Nadal trzęsie. Zatrzymujemy się
koło Uszguli (2200 m n.p.m.) - 3 wioski obok siebie. Przechodzimy przez jedną z
nich. Pełno błota, krowich kup, zdechłych zwierząt. Straszny syf i smród.
Zastanawiamy się jak ludzie mogą tutaj żyć. Chcemy jak najszybciej stąd wyjść.
Do dwóch kolejnych wiosek nie wchodzimy. Na brzegu drugiej jest szkoła, koło
której zatrzymujemy się na „posiłek na trawie” (chleb, pomidory, papryka i mega
słony ser, który doskonale uzupełnia brak soli do pomidorów). Idziemy do wychodka
koło szkoły (dziury w desce), który w pewnym sensie można określić
luksusem w porównaniu do późniejszych. Ruszamy do lodowca. Część osób jedzie
starym rosyjskim kamazem, reszta idzie. W drogę powrotną będzie odwrotnie.
Idziemy malowniczą doliną U-kształtną w kierunku lodowca, który cały czas mamy przed oczami. Po drodze spotyka nas deszcz. Gdy zakładam kurtkę to oczywiście przestaje padać. Później tak jeszcze kilka razy. Kurtki zazwyczaj mają taką właściwość, że odstraszają deszcz. Niestety połączenie mocy kilku kurtek nie jest najlepsze, bo zaczyna padać grad. I to porządnie. A potem znowu deszcz. A później jest piękne słońce, znowu deszcz i tak w kółko. Po drodze przeskakujemy po kamieniach przez strumienie i małe potoki, aż w końcu dochodzimy do tak szerokiego potoku, że nie da się w żaden sposób przeskoczyć (silny nurt, mało kamieni, głęboko). Szukamy miejsca, w którym dałoby się przejść, ale nic z tego. Kończy się na tym, że zdejmujemy buty i przechodzimy boso przez lodowatą wodę. Nie jest to przyjemne. Przez chwilę ma się poczucie, że stopy zaraz odpadną. Dalej mijamy półdzikie krowy i konie, a także ich poganiaczy, którzy nas zaczepiają. Idziemy, idziemy, idziemy i końca nie widać. Po drodze mijamy różne formy polodowcowe, które bez najmniejszego problemu rozpoznajemy (rozszerzona geografia w liceum się do czegoś przydała – jeszcze coś pamiętamy ;)). Są to m.in. stożki piargowe, dolina zawieszona, morena boczna itd. itd. Kamaz, który podjeżdża po nas pod koniec drogi jest wybawieniem, bo nie mamy już siły iść po ponad trzech godzinach marszu. Podjeżdżamy do miejsca, w którym dalej trzeba iść na piechotę. Mega zmęczeni, ale idziemy. Nie po to przeszliśmy taki kawał, żeby teraz się poddać! Tym razem jest gorzej, bo bardziej pod górę i po kamieniach (dobrze, że mamy górskie buty). Jest to bardzo męczące. Mijamy drugą grupę, która wraca na piechotę (jeszcze nie wiedzą co ich czeka) i dochodzimy do podnóża lodowca (jesteśmy na ok. 2500 m n.p.m.). Cel został osiągnięty.
Ku naszemu zdziwieniu lodowiec jest szary a nie biały i w związku z tym nie wygląda jak lodowce, które opisywane są w podręcznikach. Krótki odpoczynek na kamieniach, kilka zdjęć i trzeba wracać, bo czas nas goni. (zamiast prognozowanych dwóch godzin, szliśmy ok. 5). Schodzimy do miejsca, gdzie czeka na nas samochód. Cieszymy się, że wreszcie pojedziemy i chociaż przez chwilę odpoczniemy. Jedziemy, jedziemy i nagle samochód staje. Skończyła się benzyna… Kierowca otwiera samochód i okazuje się, że nie ma zapasowej benzyny. Wsiada więc na konia jednego z poganiaczy i jedzie do wsi po benzynę. Czekamy. Mówią nam, że wróci za 15 minut, ale my, nauczeni już trochę doświadczeniem, wiemy, że trzeba do tego dodać co najmniej drugie tyle.
Idziemy malowniczą doliną U-kształtną w kierunku lodowca, który cały czas mamy przed oczami. Po drodze spotyka nas deszcz. Gdy zakładam kurtkę to oczywiście przestaje padać. Później tak jeszcze kilka razy. Kurtki zazwyczaj mają taką właściwość, że odstraszają deszcz. Niestety połączenie mocy kilku kurtek nie jest najlepsze, bo zaczyna padać grad. I to porządnie. A potem znowu deszcz. A później jest piękne słońce, znowu deszcz i tak w kółko. Po drodze przeskakujemy po kamieniach przez strumienie i małe potoki, aż w końcu dochodzimy do tak szerokiego potoku, że nie da się w żaden sposób przeskoczyć (silny nurt, mało kamieni, głęboko). Szukamy miejsca, w którym dałoby się przejść, ale nic z tego. Kończy się na tym, że zdejmujemy buty i przechodzimy boso przez lodowatą wodę. Nie jest to przyjemne. Przez chwilę ma się poczucie, że stopy zaraz odpadną. Dalej mijamy półdzikie krowy i konie, a także ich poganiaczy, którzy nas zaczepiają. Idziemy, idziemy, idziemy i końca nie widać. Po drodze mijamy różne formy polodowcowe, które bez najmniejszego problemu rozpoznajemy (rozszerzona geografia w liceum się do czegoś przydała – jeszcze coś pamiętamy ;)). Są to m.in. stożki piargowe, dolina zawieszona, morena boczna itd. itd. Kamaz, który podjeżdża po nas pod koniec drogi jest wybawieniem, bo nie mamy już siły iść po ponad trzech godzinach marszu. Podjeżdżamy do miejsca, w którym dalej trzeba iść na piechotę. Mega zmęczeni, ale idziemy. Nie po to przeszliśmy taki kawał, żeby teraz się poddać! Tym razem jest gorzej, bo bardziej pod górę i po kamieniach (dobrze, że mamy górskie buty). Jest to bardzo męczące. Mijamy drugą grupę, która wraca na piechotę (jeszcze nie wiedzą co ich czeka) i dochodzimy do podnóża lodowca (jesteśmy na ok. 2500 m n.p.m.). Cel został osiągnięty.
Ku naszemu zdziwieniu lodowiec jest szary a nie biały i w związku z tym nie wygląda jak lodowce, które opisywane są w podręcznikach. Krótki odpoczynek na kamieniach, kilka zdjęć i trzeba wracać, bo czas nas goni. (zamiast prognozowanych dwóch godzin, szliśmy ok. 5). Schodzimy do miejsca, gdzie czeka na nas samochód. Cieszymy się, że wreszcie pojedziemy i chociaż przez chwilę odpoczniemy. Jedziemy, jedziemy i nagle samochód staje. Skończyła się benzyna… Kierowca otwiera samochód i okazuje się, że nie ma zapasowej benzyny. Wsiada więc na konia jednego z poganiaczy i jedzie do wsi po benzynę. Czekamy. Mówią nam, że wróci za 15 minut, ale my, nauczeni już trochę doświadczeniem, wiemy, że trzeba do tego dodać co najmniej drugie tyle.
Wcześniej nasłuchaliśmy się wielu historii o tym, że Gruzini porywają
dziewczyny. Myśleliśmy, że to tak tylko, żeby nas postraszyć i żeby uważać, ale
u nas prawie tak się stało. Jakaś dziewczyna z drugiej klasy wsiada na konia,
żeby się na nim przejechać, gdy czekamy na paliwo. Nagle jeden z poganiaczy
wskakuje za nią na tego konia i ją porywa. Odjeżdżają i znikają z
horyzontu. Zaczynamy się o nią bać. Przyjeżdża
benzyna, ale nie ma tej dziewczyny. Jedzie po nią rozbawiony sytuacją drugi poganiacz.
Szczęśliwie wracają i możemy jechać dalej. Za nami poganiacze, którzy
zaczepiają dziewczyny. Gdy dojeżdżamy do wioski i myślimy sobie, że dzisiaj już
nic dziwnego nas nie spotka, nagle, nie wiadomo skąd, wyskakuje jakiś Japończyk
i zaaferowany robi nam zdjęcia w kamazie. :D Dojeżdżamy do marszrutek i możemy
wracać do Mesti. Tam czeka na nas tradycyjna gruzińska supra. [supra –
tradycyjna uczta, podczas której tamada, czyli taki wodzirej, wznosi toasty,
jest suto zastawiony stół i ciągle dokładane jest jedzenie przez nanę, czyli
panią domu]. Znowu gruzińskie jedzenie i wino (bardzo mocne, wytrawne,
cierpkie, gorzkie – niedobre). Zmęczeni po całym dniu idziemy spać w
mięciutkich łóżkach.
Przez całą noc leje deszcz. Pada tak mocno, że przez jakiś czas nie ma prądu w całym mieście. Zdążyliśmy zresztą już zauważyć, że tutaj pogoda jest bardzo zmienna.
Przez całą noc leje deszcz. Pada tak mocno, że przez jakiś czas nie ma prądu w całym mieście. Zdążyliśmy zresztą już zauważyć, że tutaj pogoda jest bardzo zmienna.