Dzień 6 (4.06.14)

            Budzimy się dosyć wcześnie. W naszym pokoju jest strasznie duszno, ale nie można wpuścić świeżego powietrza, bo okno wychodzi na korytarz.
            Po odstaniu w kolejce do łazienki i ogarnięciu się, idziemy na śniadanie. Okazuje się, że naszym dzisiejszym śniadaniem jest pudełko z niezbyt apetycznie wyglądającą zawartością, chociaż z daleka wygląda to jak deser lodowy :D (2 kromki chleba, 2 kawałki sera, kawałek mielonki, jajko, a to wszystko wymoczone w soku z pokrojonego pomidora i ogórka. Mmmmniam…). Po śniadaniu idziemy na krótkie zwiedzanie Tbilisi (380-770 m n.p.m.). Jest to stolica i jednocześnie największe miasto Gruzji. Jest głównym ośrodkiem kulturalnym, naukowym i przemysłowym Gruzji. Znajduje się tu wiele zabytków i ważnych budynków.
Idziemy główną ulicą miasta, na której, jak się dowiadujemy, jest kilka budynków (to nas rozbawiło :D). Mijamy m.in. teatr, operę, wejście do metra (mają tu aż dwie linie!), parlament. Dowiadujemy się, że od 2012 roku siedzibą parlamentu jest Kutaisi, ale gdy tam byliśmy, to nie poszliśmy zobaczyć, bo nie było to w planie naszej wycieczki… (aha… fajnie wiedzieć…) Dochodzimy do Placu Wolności z kolumną św. Jerzego na środku. Tu słuchamy opowieści o malarzu Niko Pirosmanim, który malował duże obrazy jedzenia, bo był głodny i który umarł z głodu, bo był niedoceniany przez innych. Stamtąd przechodzimy (nietypowo) przejściem podziemnym na drugą stronę ulicy Szota Rustawelego, który był poetą zakochanym w wówczas panującej królowej Tamarze, która z kolei była na tyle rozgarnięta jak na kobietę, żeby zostać królem Gruzji. Kierujemy się w stronę pomnika Wesołych Gruzinów. Mijamy bar „Warszawa” z polskim menu (Polacy tu też są!). Zatrzymujemy się przy kolorowych domach z rzeźbionymi balkonami, które w nocy są oświetlone. Naprzeciwko stoi ogromny budynek ze złotymi szybami. Idziemy dalej. Po drodze mijamy wiele mniejszych pomników, których w Tbilisi jest mnóstwo (m.in. latarnik zapalający uliczną latarnię czy wystający z muru saksofonista).
Przy pomniku Wesołych Gruzinów wszyscy robią sobie śmieszne zdjęcia. Idziemy dalej. Cel: stare miasto. Mnóstwo uroczych starych i kolorowych budyneczków. W części z nich są kawiarnie i restauracje. Zatrzymujemy się przy wieży zegarowej, która jest lekko krzywa i chyba ciągle się przechyla, bo jest podparta. W drodze do kolejnej świątyni (nazwy nie pamiętam) mijamy dziesiątki malutkich, słodkich zwierzaczków, którymi opiekuje się jakaś bezdomna kobieta. Część osób zostaje i robi im setki zdjęć. Szkoda, że jakoś nikt z nich nie wpadł na to, by dać tej kobiecie pieniądze na jakąś karmę dla tych zwierzątek… W wielu miejscach w Tbilisi mijamy stare wagoniki tramwajowe, które ludzie wykorzystują np. jako sklep z książkami, czy też kawiarnie takie jak Starbucks. Idziemy dalej na Most Pokoju, który słynie z tego, że kształtem przypomina podpaskę. Stamtąd mamy widok m.in. na pałac prezydencki, wzgórze ze świątynią, pomnik Matki Gruzji – Kartlis Deda i pół miasta. Wracamy się przez część starego miasta do łaźni tyfliskich. Po drodze mijamy kolejny polski akcent – napis „miłość” na murze. Naprzeciwko labiryntu łaźni widzimy śliczne kolorowe domy z wielokolorowymi dachówkami. Później mamy czas wolny. Ruszamy więc w poszukiwaniu pamiątek. Bardzo chcę kupić chustę gruzińską, ale cena (ponad 70 lari) mnie trochę zniechęca (nawet mimo to, że pani zachwalała, że to oryginalny kaszmir). Szukamy dalej. Znajdujemy sklep, w którym pani dosyć dobrze mówi po angielsku i nareszcie można się dogadać. [W Gruzji niewiele osób mówi po angielsku. Większość posługuje się językiem gruzińskim i rosyjskim, dlatego wszędzie ciężko jest się dogadać, gdy się nie zna rosyjskiego.] Pytam więc, czy ma mapę w jej języku. Jest bardzo zdziwiona, bo turyści raczej kupują mapy po angielsku. Gdy mówię, że to dla mojego brata, który zbiera mapy z różnych państw w oryginalnym języku, jest jej bardzo miło i mi dziękuje. Później kupuję jeszcze kilka podkładek pod kubek z rysunkami starego miasta, bo nie ma nic innego, co by się nadawało na prezent. Obkupione możemy iść na Plac Wolności na zbiórkę.
Siedzimy koło fontanny i czekamy na innych. Idziemy na obiad do klimatycznej restauracji, która znajduje się w piwnicy. Najpierw dostajemy dziwną ostrą zupę. Później niestety zapominają o naszym stoliku, który jest schowany we wnęce, i wszyscy już wychodzą, a my jeszcze nie dostaliśmy jedzenia… Wreszcie po upomnieniu się dostajemy ziemniaki z mięsem. Musieli się bardzo spieszyć, bo ziemniaki są surowe… Do tego bakłażan z pastą orzechową na zimno i woda z kranu.
            Wracamy do hostelu. Zabieramy rzeczy, zakładamy górskie buty i jedziemy do Dawid Gareji.
Jest to wykuty w skale klasztor położony na wzgórzu z panoramą bezkresnego pustynnego pustkowia. Przejeżdżamy przez pustkowie i jedyną w okolicy, częściowo opuszczoną wioskę, w której jest słynny bar „Oaza” prowadzony przez Polaków. Póżniej zwiedzamy klasztor i idziemy jeszcze do dwóch opuszczonych klasztorów na szczycie góry. Droga jest bardzo stroma, a na dodatek kamienista i błotnista. Ciężko się idzie, bo jest strasznie gorąco i słońce świeci prosto na nas. Ale dla widoków ze szczytu warto jest się tak zmęczyć. Po jednej stronie widok na Gruzję, po drugiej na Azerbejdżan. Widoki zapierają dech w piersiach. Gdy nikt nic nie mówi, słychać kobietę, która śpiewa wypasając krowy. Schodzimy łagodniejszą drogą, ale nadal ślizgamy się na błocie. 
          Wracamy do hostelu w Tbilisi przez bezkresne pustynne pustkowia (spodobało nam się to określenie ;)) tradycyjnie dwie godziny później niż było planowane. Jeszcze tylko trzeba odstać swoje w kolejce do mycia i można iść spać.